„Spin-OFF jest początkiem tego, na co mnie stać” – wywiad z Emesem Milliganem

EMES

Z Emesem Milliganem łączy nas co najmniej jedno: mamy nawał obowiązków. Z tego powodu dość długo prowadziliśmy tę rozmowę i pewnie nie mogliśmy roztrząsnąć wszystkich ciekawych kwestii. Mam jednak nadzieję, że ten wywiad przekona Was przynajmniej do sprawdzenia „Spin-OFFu” – bardzo interesującego projektu, wymykającego się z ram naszej sceny.

„Spin-OFF” ma już miesiąc – jakie są Twoje pierwsze wrażenia po premierze?
To mój solowy debiut, który puściłem własnym kanałem, więc ta reakcja jest trochę opóźniona. Zaistniała niewielka obsuwa z klipami i pierwszy z nich pojawi się dopiero w połowie grudnia. Wiadomo, że klipy spotykają się z największym odzewem i wtedy tak naprawdę będę mógł dokładnie stwierdzić, jak to wygląda. Na ten moment jestem jednak zadowolony z tego, jak ludzie odebrali ten materiał.

Dla tych, którzy po raz pierwszy się o Tobie dowiadują – czym jest „Spin-OFF”?
Na te pytania odpowiedziałem w tekście na digipacku. „Spin-OFF” jest początkiem tego, na co mnie stać. W związku z wszechstronnością moich ruchów mam wiele do zaoferowania, ale nie zamierzam nikogo nakłaniać do słuchania moich dokonań. Muzyka broni się sama, a reszta to kwestia dotarcia do ludzi.

Twoją wszechstronność ma podkreślać też Twoje dodane artystyczne nazwisko – „Milligan”.
Tak. Wszechstronność i różnorodność, ale na rozwinięcie tego tematu przyjdzie jeszcze czas. Mam w głowie grubszy plan związany z tym, jak wykorzystam to nazwisko.

O dotarciu do ludzi mówisz już otwierającym płytę numerze „Nie obchodzi nas” – jak czasy MySpace’a i puszczania kawałków na osiedlu mają się do czasów Facebooka?
Teraz jest znacznie łatwiej, ale przede wszystkim dotyczy to chłamu, którego często nie nazwałbym rapem czy muzyką. Nadal jest sporo podziemnych graczy, których twórczość zasługuje na aprobatę środowiska, a nie zyskują większego rozgłosu. To ciężka branża i nie zawsze to, co jest dobre, idzie w parze z popularnością. Myślę, że każdy – kto oczywiście reprezentuje wysoki poziom – ma swoje 5 minut, ale nie każde 5 minut jest odpowiednie do tego, co się wtedy dzieje na scenie.

„Spin-OFF” to w 100% Twoja płyta, wszystko stworzyłeś od podstaw.
Osiem miesięcy przed premierą założyłem sobie w głowie plan na wszystko i konsekwentnie go realizowałem. Nie mam 18 lat, a muzyka nie jest dla mnie zajawką, którą realizuje w tzw. „międzyczasie”. Ten album to konsekwencja wielu lat pracy nad sobą i szkolenia się na różnych płaszczyznach muzycznych.

Ten ciągły rozwój, szczególnie wokalny, doceniali już recenzenci przy okazji płyt Egotrue. Jak Ty, z perspektywy kogoś, kto potrafi dobrze śpiewać, ocenia coraz śmielsze, ale niekoniecznie udane próby śpiewania innych raperów?
Nie nazwałbym tego, co robię śpiewaniem (a przynajmniej bardzo rzadko). W moim mniemaniu jest to podśpiewywanie. Ale cały czas ćwiczę. Niemniej, gdy słyszę niektóre próby, to uważam, że jest to przejaw braku samokrytyki  i przerostu ego.

Sam wydałeś też ten krążek. Dlaczego nie zdecydowałeś się na Fandango, skoro wydawałeś tam będąc częścią Egotrue?
Egotrue i Emes Milligan to dwie różne sprawy. Tak jak pisałem wcześniej – ten album miał taki być i właśnie w ten sposób zostać wydany.

Czyli rozumiem, że z Fandango jesteś dalej w dobrych stosunkach?
Tak, ale nie mamy w planach współpracy.

W pierwszym kawałku śpiewasz: „Nie obchodzi nas, co mówią”, jednak my, recenzenci, otrzymaliśmy recenzenckie egzemplarze, czyli chyba jednak chcesz, żeby coś tam mówili, prawda?
Najlepiej jeszcze, żeby mówili dobrze (śmiech). Oczywiście w numerze nie miałem na myśli recenzentów. W jakiś sposób trzeba dotrzeć do potencjalnych słuchaczy. Jednym ze sposobów jest właśnie wysyłka płyt do osób opiniotwórczych.

Na płycie poruszasz sporo tematów, a jednym z nich są bezsensowne, ale częste damsko-męskie kłótnie. Da się wygrać taki spór?
Lubię i często stosuje powiedzenie: „Życie…”. Wbrew pozorom, czasem kłótnie mają pozytywny wpływ na relacje, a w szczególności, gdy spotykają się dwa trudne charaktery. Myślę, że możesz wygrać bitwę, ale cicha wojna – nieszkodliwa oczywiście – trwa zawsze.

A często musisz ustępować i zamiast, powiedzmy, „Breaking Bad” oglądać „Seks w wielkim mieście”?
(Śmiech) W kwestii seriali jesteśmy akurat spójni.

Seriale wspominam oczywiście nie bez powodu, bo wspominasz niektóre postaci na płycie. Wolałbyś być uczniem Sheldona Coopera czy Waltera White’a?
O kurde… Trudne pytanie. Patrząc na to, że nigdy nie byłem dobry z matematyki czy fizyki, to raczej White’a, ale czy to dobra droga?

Dawid Bartkowski, czyli goodkid.pl, w recenzji „Spin-OFFu” wspomina postać Drake’a. Chcesz być tak odbierany? Brakuje nam w Polsce takich artystów jak on?
Inspiruję się wieloma artystami. Na tyle, na ile mogę zachować obiektywizm słuchając własnych utworów, to wydaje mi się, że nie przeginam z tym. Mam świadomość tego, że dla jednej osoby będę Drakiem, dla drugiej J. Colem, a dla jeszcze innej kimś zupełnie innym. Czasem za bardzo próbujemy porównywać muzykę i odnosić się do tego, co już znamy. Sam momentami mam z tym problem. Co do Twojego drugiego pytania – odnoszę wrażenie, że mamy bardzo różnorodną i prężnie rozwijającą się scenę. Jeśli jest jakaś luka, to zaraz pojawia się ktoś, kto wbija się w ten klimat, więc raczej niczego nie brakuje.

Wiem, że jeszcze pracujesz na tym, by wypromować „Spin-OFF” jak najlepiej, ale są już jakieś plany na przyszłość?
24 stycznia gram koncert premierowy we Wrocławiu. To będzie wyjątkowe wydarzenie, na którym zagramy cały album od A do Z. Zacząłem produkować bity na kolejny projekt. Planów jest sporo, ale teraz trzeba znów złapać głęboki oddech i wpaść w cug.

Jeżeli podoba Ci się to, co piszę i chcesz mi pomóc w utrzymaniu serwera, a przy okazji masz zamiar kupić sobie jakąś płytę – zrób to z mojego linku. Jak nie kupujesz płyt – dołącz do fanpage’a strony.

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.