Koniec wyścigu – Zakamarki kolekcji #12

„Nevermind” nie słuchałem od sześciu czy siedmiu lat i licznik biłby dalej, gdyby nie Biedronka.

O tym, że w najpopularniejszym polskim dyskoncie można znaleźć fajnie rzeczy pisałem już dawno, jakiś czas po tym wpisie do supermarketów trafił kolejny rzut płyt, w którym była także płyta z zapewne najsłynniejszą okładką wszech czasów. Jako że jakimś cudem nie miałem jeszcze tej doskonałej płyty Nirvany z 1991 roku, sięgnąłem po nią bez wahania. I ogarnęła mnie nostalgia.

Bo przecież kiedyś, te lata temu w gimnazjum i wczesnym liceum zasłuchiwałem się w Nirvanie (nie miałem naszywek na plecaku, gdyby ktoś pytał). W Dylanie, Beatlesach, Stonesach, Beach Boysach… Dorwałem jakąś listę z najlepszymi płytami w historii, która stała się dla mnie początkiem z obcowaniem z wielką muzyką, punktem, od którego zaczynałem swoje muzyczne wojaże we wszystkie możliwe kierunki. Miałem czas, by poświęcić każdej płycie kilka-kilkanaście odsłuchów, by rozgryźć je z każdej strony, by zgłębić teksty, poczytać o historii, kontekstach i wpływie na przyszłe lata muzyki…

Kolejny raz w tym cyklu wpadam w ton: „Kiedyś było inaczej, kiedyś było lepiej”. Ale wiecie co, ja po prostu tęsknię za czasami, gdy miałem na to wszystko czas i gdy dawało mi to tyle radości. Od zawsze mam ten sam kompleks: za mało płyt w życiu przesłuchałem, za mało o muzyce wiem. Kiedyś leczyłem go, sprawdzając 50-70 płyt rocznie, w tym pewnie połowę stanowiły płyty z polskim rapem, a reszta dzieliła się pomiędzy starocie i nowości. Od paru lat gonię jednak za nowościami – nie liczę, ile rocznie płyt odsłuchuję, na pewno ponad 100 premier, a drugie tyle starszych rzeczy. Dzięki temu na pewno poznaję więcej muzyki, mam większą wiedzę, spełniam te swoje „dziennikarskie obowiązki” (choć i tak nie widać tego na blogu, bo piszę tu głównie o polskim rapie), ale zatracam gdzieś w tym wszystkim radość.

Uświadomiłem sobie to wszystko, wkładając „Nevermind” do odtwarzacza. Ta płyta ma potężny początek: „Smells Like Teen Spirit”, „In Bloom”, „Come as You Are” – nawet po tylu latach robi piorunujące wrażenie. Słuchałem tego albumu i myślałem: „Cholera, Mateusz, jak to się stało, że musiało upłynąć aż tyle wody w Wiśle, żebyś do tego wrócił?”. Od razu zacząłem też myśleć o tych innych wspaniałych płytach, takich jak „Blonde on Blonde”, „Pet Sounds”,”The Velvet Underground and Nico”, „Revolver” czy nawet nowszych jak „Tetra” czy „Benji”, których nie słuchałem od kilku lat. Gdy ktoś mnie ostatnio zapytał na fanpage’u o Big Puna, to pamiętałem jego twórczość jak przez mgłę – wstyd. Dlaczego? Bo chciałem za wszelką cenę być na czasie i goniłem za nowościami. Nie było warto.

Od tamtej pory nieco zwolniłem. Oczywiście nie rzuciłem nowych płyt (niedawno sprawdziłem świetnie „Home Counties” Saint Etienne), ale przestałem się ścigać z dziennikarzami z prawdziwego zdarzenia. Listę z zaległościami dalej na bieżąco aktualizuję, jednak okazało się, że świat się nie skończy, jeśli nie sprawdzę Kendricka Lamara, Big Boia czy Young Thuga w dniu premiery. Tak czy inaczej sam fakt, że genialnemu krążkowi „CTRL” SZA podarowałem ze 20 odsłuchów, a nie 3 był dla mnie mega satysfakcjonujący.

I oby tak dalej.

 

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.