Zakamarki kolekcji #2

Przyszło liceum. Wraz z nim dojazdy do większego miasta, w którym znajdował się Cass Film – nie istniejący już sklep z płytami. Rozprawiczony kupnem pierwszego albumu poczynałem sobie coraz śmielej, starając się kupować jedną płytę miesięcznie. Iluż trzeba było wyrzeczeń, by trzymać się tego postanowienia. Była to równowartość mniej więcej trzech kebabów lub sześciu piw w knajpie.
Zacznę od samego sklepu, gdyż było to miejsce dość osobliwe. Dział z hip-hopem… istniał. Nowości tylko najgłośniejsze, próżno było szukać nawet klasyków, za to półki wypełniały wszelkiej maści cedeki, o których świat dawno zapomniał. Evah, Nowator, Elegans oraz wytwory pierwszego boomu na rap można było kupić w cenach z tamtej epoki. Podczas gdy inne sklepy pozbywały się ich za grosze, Cass Film starał się je wepchnąć ludziom za 20-25 złotych. Niemniej znajdowały się perełki takie jak „Bez zabezpieczeń” Małego Esz Esza (pierwsza moja płyta kupiona na reselling) tudzież kasety „Eternii” i „Masy ludów. Na językach”, które nabył i z zyskiem sprzedał mój kumpel.

Jak wspomniałem, chodziłem tam dość często, nawet jeżeli nie w celach kupna nowych albumów, to żeby pooglądać płyty czekając na powrotny autobus. Digging w pełni, penetrowałem wszystkie działy, szukając nie wiadomo czego i nie wiadomo po co. Kiedy moja „kolekcja” wzrosła to niebotycznej ilości dziesięciu sztuk pomyślałem, że najwyższy czas, by dodać do niej coś z zagranicy. Cass filmowa półka nie pomagała. Chingy, przeróżne składanki, the best of 2 Paca czy „Blueprint” za 75 złotych nie zachęcały, a niewiele było albumów, które by mnie zainteresowały – zasłuchiwałem się wtedy w „The Main Ingredient”, „Moment of Truth” czy „Stunts, Blunts & Hip Hop”. Zarówno pod względem ceny, jak i okładki rzucał się w oczy tylko album Wu-Tangu „Iron Flag” i chociaż nie byłem wtedy fanatykiem tego zespołu (nie pamiętam nawet, czy słyszałem już „Enter the Wu”) nabyłem swój pierwszy amerykański krążek.

A jako dziecko wychowane na Pierwszej Zasadzie Rapu („Hip Hop ma nieść przekaz”) odczuwałem pewien dyskomfort, bo chociaż angielskiego uczyłem się już od dawna, to za cholerę nie mogłem zrozumieć, o czym rapuje Method Man i kumple. Rap Genius jeszcze wtedy nie istniał, toteż – idąc za radą Jimsona – „wgryzałem się w te teksty na ohhla.com”. Niejeden wieczór spędziłem z wydrukowanymi tekstami z „Iron Flag”, ołówkiem, wielkim słownikiem Oxfordu oraz Urban Dictionary, odpowiadając sobie na pytanie jak Raekwona rozkminiać. Szło opornie, niejednokrotnie miałem tego dość, tym bardziej że przekazu było jak na lekarstwo, ale uparcie, linijka za linijką tłumaczyłem niezrozumiałe słowa i starałem się nadać wersom sens.
Z prób zrozumienia tekstów narodził się nawyk, że muszę rozumieć, o czym w utworze jest mowa, nawet jak porusza dość przyziemne tematy. Nałóg niezwykle czasochłonny i czasami głupi, bo jaki jest sens wgryzania się w teksty Frencha Montany czy Rick Rossa? Niemniej sporo mi dał – złapałem wiele nowych słówek i fraz, a z listeningiem w szkole też nie miałem nigdy problemu. Hip-hop więc bawił i uczył, a także skłaniał mnie ku angielskiemu, który stał się moim kierunkiem studiów.

Na szczęście teraz o wiele łatwiej przekroczyć granicę z polskiego do amerykańskiego rapu. Rap Genius otworzył drzwi, które dla wielu słuchaczy pozostawały długo zamknięte. Wiele tekstów w jednym miejscu, do tego przetłumaczone z angielskiego na angielski w taki sposób, że wystarczy cokolwiek łapać w języku Shakespeare’a, by zrozumieć „Uzi (Pinky Ring)”. Efekt jest widoczny gołym okiem: świadomych słuchaczy przybyło, coraz więcej mamy koncertów raperów ze Stanów w Polsce i bardzo dobrze, bo świadczy to o tym, że niejeden gość wyrwał się ze słuchania polskiego bagienka i zamiast zachwycać się tymi, którzy kopiują trendy, zaczął śledzić poczynania tych, którzy je kreują. 

Mateusz Osiak

Dobry ze mnie chłopak, żaden odmieniec.